W naszym kraju panuje mniemanie o rzekomej zaradności zamieszkującej go ludności. Polacy są jakoby urodzonymi kombinatorami. Głównie dlatego zgodziliśmy się przystąpić do zbiurokratyzowanych Wspólnot Europejskich, ponieważ uważaliśmy, że podobnie jak Portugalczyczy, czy Grecy, wyssiemy z naiwniaków z Brukseli i Berlina ostatniego eurocenta, skoro umiejętność obchodzenia systemu i zdroworozsądkowy dystans do prawa wyssaliśmy z mlekiem matki.
Niestety, jest dokładnie odwrotnie. Polacy są narodem niemal całkowicie złamanym i spacyfikowanym. Żeby to dostrzec nie trzeba nawet wgłębiać się w wyniki wyborów, czy badania opinii publicznej wykazujące niesłabnące uwielbienie Instytucji (akurat wczoraj ogłoszono, że wzrasta zaufanie Polaków do... ZUSu!!!) i poddanie wobec Państwa. Zamiast tego wystarczy spojrzeć na pierwsze lepsze przejście dla pieszych, gdzie nawet, jeśli nigdzie nie widać ani nie słychać choćby jednego samochodu, rowerzysty, czy policjanta, mamy w zwyczaju jak stado baranów czekać na przyzwolenie od wyższej instancji w postaci świecącego zielonego ludzika.
Gdzieś tak od wprowadzenia stanu wojennego charakteryzuje nas niemal całkowita apatia i zrezygnowanie. Nawet pierwsze wolne wybory w 1989 olało około 40% ludzi.
W obliczu szalejącej w latach '90 przestępczości jedyne, na co potrafiliśmy się zdobyć, to bzdurne "marsze przeciw przemocy", które najdobitniej chyba pokazywały gangsterom, że rozbrojona, "przeciwna przemocy" ludność nie będzie stawiać oporu, kiedy przyjdzie się do niej po haracz. To przesłanie odebrali też politycy. Kowalski chętnie płaci podatki na poziomie konfiskacyjnym, (sięgające teoretycznie 80% w przypadku statystycznego pracownika najemnego), bo wydaje mu się, że wyciąga z systemu więcej, niż do niego wkłada, a w dodatku odczuwa dziką satysfakcję, z tego, że Wiśniewski "na pewno płaci więcej". Do tego dochodzi czynnik braku zaufania do samego siebie. Kowalski (a przede wszystkim jego żona) doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli nie zabierze mu się części zarobków to prędzej je przepije, niż przeznaczy na szkołę dla dzieci, ubezpieczenie zdrowotne, czy emerytalne.
Przekonanie o naszej narodowej zaradności bierze Kowalski ze swoich doświadczeń jeszcze w peerelu, kiedy to wszystko się "załatwiało". Ludzie pamiętają jak to w zamian za talon na malucha musieli nakraść z zakładu pracy co tam się dało, załatwić komuś jakieś zezwolenie, znaleźć do kogoś dojście, itd. Kwitł handel wymienny, system przysług i "lewizna".
Problem w tym, że nie był to rezultat jakichś naszych narodowych zdolności, tylko naturalna konsekwencja gospodarki socjalistycznej. Kiedy cała gospodarka należy do jednego właściciela i nie dochodzi do żadnych "transakcji", tylko do arbitralnie ustalonych wymian bez konsekwencji ekonomicznych, nie ma sposobu na ustalenie cen a więc nie istnieje miara wartości towarów.
(Z tego właśnie powodu już 1920 r. Ludwig Von Mises udowodnił, że system wprowadzany w ZSRS nie może działać, ponieważ nie ma w nim mechanizmu określania wartości. Bez wolnego rynku - "docierania" cen poprzez miliardy pozornie chaotycznych interakcji między uczestnikami rynku - ceny muszą być określane przez jakiś Urząd, który jednak by określić je prawidłowo, musiałby być Wszechwiedzący oraz Wszechmocny. Mises miał rację: już rok później Lenin był zmuszony zlikwidować komunizm i wprowadzić Nową Politykę Ekonomiczną, przywracającą elementy rynkowe m.in. w rolnictwie, w przeciwnym razie wyzwolony Lud pracujący pomarłby z głodu, albo spalił bolszewików na stosach. Potem nastąpiła ponowna kolektywizacja, ale aż do końca agonii ZSRR prywatne 10% rolnictwa dostarczało 90% plonów).
Właśnie dlatego lewizna i szara strefa były wpisane w tamten system i tolerowane przez władzę: bez czarnego rynku gospodarka PRL po prostu nie mogłaby działać bo towary i usługi nie miałyby określonej wartości i zapotrzebowania.
Ale tamte umiejętności w gospodarce rynkowej są bezwartościowe. Naszego banku naprawdę nie interesuje, czy znamy tow. Jana Winnickiego, a dojście do dyrektora cementowni nie robi już na nikim żadnego wrażenia.
End America's Drug War -- A Lesson from Portugal
-
We've all heard the arguments against drug legalization: It would be
anarchy! Americans would ingest dangerous substances wildly! They would
randomly com...
3 godz. temu
3 komentarze:
Bardo bobra analiza naszej szarej rzeczywistości. Z tym czerwonym światłem też się dziwie Polakom. Byłem w kilku miastach zachodnich, np we Włoszech ludzi przechodzą przez jezdnię w każdym momencie, w którym się da, czerwone światło jest jedynie ostrzeżeniem że teraz samochody mają pierwszeństwo i "leziesz na swoje ryzyko", jak cię ktoś stuknie to miej pretensję do siebie.
Polacy nie mają "jaj". Jak tłumaczę po rodzinie i znajomych jak są okradani z dochodów przez wysokie podatki oraz konfrontuję to ze standardem usług jakie oferuje nam państwo widzę tylko wzruszenie ramionami. Zero emocji, zero chęci zmiany tego stanu, czy choćby pomyślenia jak zatrzymać więcej swoich pieniędzy przy sobie.
Swiatełkiem w tunelu jest fakt że około 30% PKB (jak podaje GUS) jest produkowane w szarej strefie. Więc gdzieś w Polsce istnieją osoby, które przeciwstawiają się reżimowi, a ich liczba cały czas rośnie. A jak ktoś raz zakosztuje prawdziwej wolności to już jej tak łatwo nie odda...
Tak, tą statystykę powtarza wciąż Michalkiewicz, ale nie udało mi się znaleźć jej potwierdzenia. Wszędzie mowa o raczej kilku procentach.
z tymi światłami to jest tak że w innych krajach piesi mają pierwszeństwo i samochody się zatrzymują jak jesteś jeszcze na chodniku, a u nas jak kierowca widzi pieszego na pasach to przyspiesza żeby przejechać przed nim. A z tym staniem na czerwonym u nas to się zgodzę, nie ma tego w innych krajach.
Bardzo fajny blog btw.
Prześlij komentarz